Energetyczna wokalistka i wrażliwy artysta. Historia miłosna Małgorzaty Ostrowskiej
W świecie show-biznesu, gdzie związki często gasną szybciej niż flesze, ich miłość była czymś wyjątkowym.
Małgorzata Ostrowska, ikona polskiej muzyki, i Jacek Gulczyński, utalentowany fotograf i malarz, stworzyli relację, która przetrwała próbę czasu, sławy i zupełnie różnych światów.
Ona, energetyczna wokalistka, nieustannie w drodze. On, wrażliwy artysta, który potrafił uchwycić jej duszę w kadrze. Gdy 6 grudnia Ostrowska ogłosiła śmierć męża, odszedł nie tylko partner, ale także współtwórca jej życia i sztuki.
Przez lata Małgorzata Ostrowska i Jacek Gulczyński byli symbolem dyskretnej, dojrzałej miłości w świecie polskiej muzyki. Nie epatowali uczuciem na czerwonym dywanie, nie roztrząsali swoich spraw w mediach. Ich związek rozgrywał się w cieniu. Na zapleczu koncertów, w pracowni artysty, w domowym zaciszu pod Poznaniem. To tam, z dala od zgiełku, budowali swój azyl. Teraz gdy przyszło jej żegnać go po raz ostatni, światło pada na piękną, choć bolesną historię, która zaczęła się od zdjęcia, a przerodziła w życie wypełnione sztuką, poświęceniem i niezachwianym wsparciem.
Ich drogi przecięły się w latach 80., gdy Jacek Gulczyński, młody fotograf i grafik, dokumentował koncerty zespołu Lombard.
To nie był romans od pierwszego wejrzenia.
“Zanim stworzyliśmy związek, znaliśmy się na płaszczyźnie towarzyskiej. Żyłam wówczas w ciągłym biegu, on wiedział, jaki tryb życia prowadzę” – wspominała Ostrowska.
Najpierw była profesjonalna relacja: on robił zdjęcia, ona śpiewała. Z czasem, z fascynacji twórczej, wyrosło coś głębszego. To on stworzył jej najsłynniejsze, najbardziej intymne portrety, te, które pokazywały nie tylko gwiazdę rocka, ale i kobietę.
Prawdziwa próba przyszła w 1987 roku, gdy na świat przyszedł ich syn, Dominik. Ciąża była trudna i zagrożona, a chłopiec urodził się przedwcześnie. Dla Ostrowskiej, u szczytu kariery, pojawił się najtrudniejszy dylemat: scena czy dom? Jej decyzja była odważna i możliwa tylko dzięki bezwarunkowemu wsparciu męża.
“Na wstępie powiedział, że nie chce pomocy moich rodziców. Miał ambicję, żeby sam się zająć dzieckiem” – opowiadała artystka.
Ostrowska wróciła na scenę, a Gulczyński został głównym opiekunem syna:
“Twierdziłam wtedy, że mój syn ma wyrodną matkę, ale za to ma wspaniałego ojca” – mówiła z wdzięcznością, ale i goryczą. To on zapewnił dziecku stabilność, gdy ona podbijała sceny. Ich układ wymagał niezwykłego zaufania i przekonania, że obie drogi artystyczna i rodzinna – są tak samo ważne.
Aby przetrwać w tym szaleńczym rytmie, potrzebowali przystani. Znaleźli ją w miasteczku pod Poznaniem, otoczonym zielenią. To tam, pośród przyrody, którą tak cenił Gulczyński, budowali swój dom, miejsce, gdzie ona mogła „się zatrzymać, pomyśleć, po co jest na scenie”, a on mógł tworzyć.
To była ich fizyczna i duchowa ostoja, gdzie sztuka i codzienność splatały się w idealną całość.
Jeszcze 2 grudnia 2025 roku świat dowiedział się, że Jacek Gulczyński trafił do hospicjum. Tam, odbył się ostatni wernisaż jego prac – poruszający finał życia artysty. Cztery dni później Ostrowska poinformowała o jego śmierci. W poruszającym wpisie poprosiła o skromność, zgodnie z jego miłością do przyrody:
“Jacek bardzo cenił przyrodę, dlatego wdzięczni będziemy za skromne formy wyrażenia pamięci zamiast wielkich bukietów kwiatów i wieńców”.
Pogrzeb odbędzie się 11 grudnia w Lesie Pamięci na poznańskim Junikowie.