Rola życia okazała się dla niego przekleństwem. Tak obecnie wygląda serialowy “Tulipan”
Rola najsłynniejszego uwodziciela epoki PRL-u stała się dla Jana Monczki prawdziwym przekleństwem w złotej masce. Choć kultowy serial przyniósł mu ogólnokrajową sławę i status bożyszcza kobiet, paradoksalnie zamknął go w artystycznej klatce.
Zarówno widzowie, jak i reżyserzy nie potrafili dostrzec w nim nikogo poza bezwzględnym „Tulipanem”, co na lata zdefiniowało jego karierę jako aktora jednej roli. Dziś, po dekadach od tamtego szaleństwa, wizerunek dojrzałego artysty może wprawić w niemałe osłupienie tych, którzy wciąż pamiętają go jako łamacza niewieścich serc.
Jan Monczka urodził się 17 maja 1956 roku w Karwinie, leżącej wówczas w granicach Czechosłowacji. Losy jego rodziny potoczyły się tak, że jako kilkunastolatek przeprowadził się do Polski, gdzie spędził resztę młodości. Choć początkowo jego życiowe plany wcale nie wiązały się ze sceną, z czasem poczuł artystyczne powołanie, co ostatecznie zaprowadziło go przed komisję egzaminacyjną krakowskiej PWST (dzisiejszej Akademii Sztuk Teatralnych).
Jego talent objawił się niemal natychmiast – nie tylko bez trudu przebrnął przez gęste sito rekrutacji na studia, ale również błyskawicznie zaczął zdobywać pierwsze szlify zawodowe. Jeszcze jako student regularnie pojawiał się na deskach teatrów, z powodzeniem występując na scenach zarówno polskich, jak i czeskich.
Wielki przełom w zawodowym życiu trzydziestoletniego wówczas Jana Monczki nastąpił w 1986 roku, wywracając jego dotychczasową anonimowość do góry nogami. To właśnie wtedy Janusz Dymek, szukając idealnego odtwórcy roli „polskiego Casanovy”, dostrzegł w charyzmatycznym aktorze z czeskimi korzeniami idealnego kandydata do tej kontrowersyjnej postaci.
Gdy 22 marca serial „Tulipan” zadebiutował na antenie Telewizji Polskiej, nikt nie miał wątpliwości – produkcja momentalnie stała się ogólnokrajowym fenomenem, a Monczka z dnia na dzień zyskał status gwiazdy.
Ekranowa metamorfoza z ubogiego rybaka w wyrachowanego, żądnego zysku uwodziciela i złodzieja była w wykonaniu Jana Monczki tak przekonująca, że granica między fikcją a rzeczywistością niemal całkowicie się zatarła. To, co miało być zawodowym triumfem, szybko stało się dla aktora wizerunkową pułapką.
Łatka bezwzględnego amanta przylgnęła do niego z taką siłą, że przez kolejne dekady Monczka musiał toczyć nierówną walkę z zaszufladkowaniem. Choć desperacko próbował odciąć się od cienia „Tulipana” i dowieść swojego wszechstronnego warsztatu, gigantyczny sukces kultowego serialu pozostał nieosiągalnym szczytem, którego nie udało mu się już później przeskoczyć.
Produkcja o losach „Tulipana” stała się telewizyjnym fenomenem, gromadząc przed ekranami miliony, choć nie u wszystkich budziła entuzjazm. Serial wywołał falę kontrowersji – obok zachwytów pojawiały się głosy ostrego sprzeciwu wobec gloryfikowania przestępcy.
Co ciekawe, do krytyków dołączył sam Jerzy Kalibabka – pierwowzór bohatera zarzucał twórcom mijanie się z prawdą, twierdząc, że kreacja Monczki w żaden sposób nie oddaje jego autentycznej osobowości. Sam aktor znalazł się w ogniu krzyżowym. Z jednej strony musiał odpierać ataki oburzonych moralistów, z drugiej – radzić sobie z osaczającym go, niemal obsesyjnym uwielbieniem ze strony fanek.
Prywatnie Jan Monczka stanowi całkowite zaprzeczenie swojego ekranowego alter ego. Choć opinia publiczna chętnie widziała w nim niepoprawnego playboya i łamacza serc, on sam od lat wiedzie spokojne życie u boku żony, z którą wspólnie wychował dwie córki.
Aktor nigdy nie krył, że przylgnięcie do niego wizerunku skandalisty było dla niego nużące i dalekie od prawdy. Ta narzucona przez media i widzów „łatka” uwodziciela, któremu nie sposób się oprzeć, budziła w nim raczej sprzeciw niż zadowolenie, kłócąc się z jego naturą domatora i oddanego ojca.
Cień „Tulipanowej” sławy położył się ponurym blaskiem nie tylko na prywatności Jana Monczki, ale również na jego dalszej ścieżce zawodowej. Zamiast otwierać nowe drzwi, gigantyczny sukces serialu paradoksalnie stał się dla aktora artystycznym gorsetem. Reżyserzy, ulegając magii ekranowego wizerunku, przez kolejne lata widzieli w charyzmatycznym Czechu wyłącznie etatowego amanta, zasypując go propozycjami ról opartych na tym samym schemacie.
Sam Monczka z ogromną determinacją toczył walkę o zawodową wolność, starając się za wszelką cenę udowodnić, że jego warsztat sięga znacznie dalej niż tylko uwodzicielskie spojrzenia i powierzchowny urok.
Boleję nad tym, że nie tylko publiczność widzi we mnie Tulipana. Wszystkie propozycje, jakie dostaję, idą tym samym kluczem. Chciałbym, żeby ktoś dał mi wreszcie szansę złamania tego stereotypu – żalił się aktor w jednym z wywiadów dla “Rewii”.
Jego talent rozkwitał w ambitnych spektaklach Teatru Telewizji oraz na deskach teatrów w Polsce i Czechach, gdzie budował autorytet solidnego rzemieślnika sceny. Masowa publiczność mogła go podziwiać w nowej odsłonie, gdy w 2003 roku zasilił obsadę popularnych „Złotopolskich”.
Aktor stał się również stałym elementem polskich produkcji serialowych, pojawiając się w tak zróżnicowanych tytułach jak „Klan”, „Pitbull” czy „Singielka”. Co więcej, Monczka nie zapomniał o swoich korzeniach i do dziś utrzymuje żywy kontakt z czeską kulturą, występując gościnnie na prestiżowej scenie praskiego Divadlo Kalich.
Mimo upływu lat i bogatego dorobku, Janowi Monczce nie dane było już nigdy wznieść się na taką falę popularności, jaką wywołał rok 1986. Spektakularny sukces „Tulipana” pozostał jedynym w swoim rodzaju fenomenem w jego karierze.
Jak sam przyznał w jednym z wywiadów, z perspektywy czasu pogodził się z tą sytuacją i z pełnym spokojem zaakceptował fakt, że dla milionów widzów na zawsze pozostanie twarzą tamtej kultowej produkcji.
Ten serial żyje już tyle lat. Każda powtórka zyskuje nowych widzów. Czasem mam dość tej roli, bo wszyscy, z którymi rozmawiam, zazwyczaj w drugim czy trzecim zdaniu nawiązują do “Tulipana”, ale okres buntu wobec tego faktu mam już chyba za sobą – przekonywał Jan Monczka w wywiadzie dla magazynu “Rewia”.
Obecnie Jan Monczka wiedzie wyciszone życie, świadomie stroniąc od blasku fleszy i zgiełku wielkich miast. Choć aktor nie planuje powrotu na szczyty popularności, a kontakt z branżą ogranicza do sporadycznych spotkań z dawnymi znajomymi, raz na jakiś czas pojawia się na oficjalnych wydarzeniach.
To właśnie te rzadkie momenty pozwalają nam dostrzec niezwykłą metamorfozę, jaką przeszedł niemal siedemdziesięcioletni dziś „Tulipan”. Zamiast filmowego amanta, widzimy dojrzałego, pełnego charyzmy mężczyznę, który z godnością i spokojem akceptuje upływający czas.