Rocznica 11 września. Polski strażak ujawnia, co działo się chwile po zamachu na WTC. Ludzie wylatywali z okien…
11 września 2001 roku na zawsze zmienił świat. Zamachy terrorystyczne na World Trade Center w Nowym Jorku były nie tylko atakiem na Stany Zjednoczone, ale także na niewinne ofiary pochodzące z wielu zakątków globu. Wśród tych, którzy stracili życie lub zostali poszkodowani, była również liczna grupa Polaków i osób polskiego pochodzenia, dla których Nowy Jork stał się domem.
Polacy wspominają World Trade Center
Jednym z najbardziej dotkniętych środowisk była polska społeczność zawodowa. W wieżach WTC pracowali m.in. księgowi, maklerzy, oraz pracownicy techniczni pochodzenia polskiego. Wśród nich byli ci, którzy zginęli w wyniku bezpośrednich uderzeń samolotów oraz późniejszego zawalenia się budynków. Choć nie ma dokładnej liczby Polaków, którzy stracili życie, szacuje się, że kilkadziesiąt osób z polskimi korzeniami znalazło się w gronie ofiar.
Jedną z ofiar jest Ryszard Szurkowski, polski kolarz, który tego dnia stracił syna w wyniku ataku na WTC. Jego syn wtedy tapetował ściany budynku.
A tak Szurkowski dowiedział się o śmierci syna: przyszedł na zebranie Polskiego Komitetu Olimpijskiego, wówczas sekretarka oglądała telewizor i rzuciła, aby być cicho, bo patrzy.
A ty co za horror oglądasz?! – powiedział polski kolarz. Wtedy jeszcze nie wiedział, że chodzi także o jego syna.
W książce “Ryszard Szurkowski. Wyścig. Autobiografia” czytamy, że na początku Szurkowski nie skojarzył, że w jednej z wież może znajdować się jego syn. Dopiero, kiedy zadzwoniła zrozpaczona żona zorientował się, co się dzieje. Najpierw próbował skontaktować się z synem, ale już nie odbierał, a potem z synową, która była już tak samo w rozpaczy.
Tuż przed tragedią Norbert był w Polsce i trochę czasu spędził z rodzicami: “Przegadaliśmy we dwóch całą noc, siedzieliśmy do samego rana. Po drodze na kolejny etap do Jeleniej Góry odwiozłem Norberta na lotnisko”.

Warto dodać, że żona zmarłego Norberta na miesiąc przed zamachem dowiedziała się, że spodziewają się drugiego dziecka. Córka Claudia Szurkowska w rozmowie z “The Guardian” wyznała: “Mama zawsze mówi, że wszystko dzieje się z jakiegoś powodu. Po prostu nie rozumiem, dlaczego to się wydarzyło”.
Z kolei tak polski strażak Stanley Trojanowski wspomina ten feralny dzień. Wspomina, że dzień zaczął się spokojnie, przyjechał do jednostki Engine 238 na Greenpoincie około ósmej – godzinę przed rozpoczęciem pracy. Kiedy około godziny 9.00 sprawdzał swój wóz strażacki, kolega krzyknął przerażony, byśmy wszyscy przybiegli i zobaczyli, co się dzieje w telewizji.
Gdy drugi samolot uderzył, tym razem w południową wieżę, wiedzieliśmy, że to nie może być przypadek i że czeka nas ciężki dzień. Nikomu nie przyszło wtedy w ogóle do głowy, że wieże mogłyby się zawalić – mówi Stanley Trojanowski w rozmowie z Onetem.
Tak budowano One World Trade Center – nowojorski wieżowiec
Stało się jednak inaczej na skutek spływającej benzyny po ścianach: “Tymczasem wieże wytrzymały uderzenie samolotów, ale maszyny były pełne paliwa. Ściekając po ścianach, ciecz, która uległa zapaleniu, topiła metal. W ten sposób doszło do zawalenia i, jak się później okazało, zostaliśmy w Strefie Zero nie dzień, a wiele dni, a tak naprawdę tygodni i miesięcy”.
Polski strażak razem ze swoimi kolegami na początku nie mógł zbliżyć się do miejsca, w którym wydawano rozkazy – komunikowali się przez radio. Po chwili dostali rozkaz, że mają dotrzeć na trzecie piętro wieży północnej:
Jednak jak się okazuje, wieża południowa już zaczęła się walić…
“Uratowała nas kuriozalna sytuacja. Kolega z jednostki musiał skorzystać… z toalety i dlatego nasza grupa weszła do budynku nieco później. Po drodze schodzący na dół pracownicy biur w WTC mówili nam, że idziemy na śmierć. Nie zdążyliśmy wejść wysoko, kiedy otrzymaliśmy informację, że wieża południowa zaczyna się walić i mamy się natychmiast ewakuować. Miałem wrażenie, że wyleciały wszystkie szyby z budynku”.
Siła huku była tak silna, że strażaków zmiotło i uderzyli się o ściany, a jak zauważa Stanley Trojanowski ich wyposażenie ważyło kilkadziesiąt kilogramów.
Mieliśmy ze sobą nawet butle tlenowe. Te ciężary nie pomagały również przy schodzeniu. Była godzina dziewiąta pięćdziesiąt dziewięć. Zdążyliśmy uciec przed najgorszym. O dziesiątej dwadzieścia sześć runęła wieża, w której się znajdowaliśmy – wspomina.

Wtedy zginął porucznik Glenn Wilkinson, bo poszedł szukać jednego z ich kolegów: “Nie zdążył, ponieważ gdy wyszliśmy z wieży, okazało się, że brakowało jednego z naszych kolegów, który w dodatku nie miał ze sobą radia. Glenn i szef jednostki 212 wzięli butle z tlenem i ruszyli na poszukiwania. Wtedy widziałem go po raz ostatni. Nie zdążył wrócić, bo dwadzieścia minut później budynek runął.”.
Melania Trump uczciła w piękny sposób zamach na WTC. Na twarzy widać ogromny SMUTEK
Jak wspomina polski strażak, widok był przerażający: z góry zlatywali nie tylko ludzie, ale także sprzęty i kamienie. Do tego widoczność była bardzo ograniczona:
Gdy spoglądałem czasem w górę, myślałem, że to zagubione ptaki nie wiedzą, dokąd lecieć. To jednak byli zdesperowani ludzie, którzy woleli wyskoczyć z wysokiego piętra płonącej wieży, niż czekać na nieuniknioną śmierć w budynku. Później nie było widać już nic – wspomina polski strażak w rozmowie. Onetem.