To dlatego Urbaniak odszedł od Dudziak. Czuła się fatalnie po tym, co zrobił
Śmierć Michała Urbaniaka poruszyła nie tylko świat jazzu, ale i tych, którzy od lat pamiętają jego burzliwe, intensywne życie prywatne. Obok artystycznych sukcesów, międzynarodowych tras i legendarnych współprac w biografii muzyka była też historia miłości, którą przez lata wielu uważało za „idealny duet” z Urszulą Dudziak.
Byli razem prawie 20 lat, tworzyli rodzinę i sceniczny tandem, a ich losy rozgrywały się między Warszawą a Nowym Jorkiem blisko wielkiej muzyki, ale też bardzo ludzkich dramatów.
Urszula Dudziak i Michał Urbaniak pobrali się w 1967 roku. Sześć lat później zdecydowali się na wyjazd za granicę, a w ich przypadku oznaczało to wejście w świat, w którym nie było gwarancji niczego: ani pieniędzy, ani bezpieczeństwa, ani kariery.
Urszula Dudziak po latach opisywała start w USA bez upiększania z przemycanymi oszczędnościami, graniem „do kotleta” i próbą ułożenia życia od zera.
Przylecieliśmy z Michałem do Nowego Jorku 11 września 1973 r. Przemyciliśmy 2 tys. dol. oraz 0,5 kg złota w biżuterii i w złotych 20-dolarówkach. Graliśmy przez kilka lat do kotleta w Szwecji i za każdym razem, kiedy Michał ku mojej rozpaczy dawał w szyję, do swoich przeprosin i obietnicy poprawy dołączał albo pierścionek, albo bransoletkę. Uzbierało się tego sporo — wspominała piosenkarka w autobiografii.
To, co ich przez lata wyróżniało, to fakt, że byli nie tylko małżeństwem, ale też sceniczną parą. Razem tworzyli, występowali, budowali swoją pozycję w trudnych warunkach emigracyjnych.
Doczekali się dwóch córek: Katarzyny i Miki. I choć codzienność była wymagająca to ich relacja długo działała jak drużyna.
Tak tę dynamikę wspominał po latach Michał Urbaniak:
Byliśmy kumplami i kochankami. Rano wstawałem, pisałem piosenkę, zmieniałem pieluchy córkom, robiłem śniadanie. Tylko że w którymś momencie było za spokojnie i za dobrze. W Stanach mieliśmy raj, a taki raj może się znudzić — opowiadał po latach muzyk w “Vivie”.
Egoista