KONKURS! Wygraj książkę 50 twarzy Tindera Joanny Jędrusik
50 twarzy Tindera Joanny Jędrusik to książka, o której plotkuje się w pracy i w łóżku. O randkowych perypetiach autorki dyskutują zarówno dziewczyny, jak i chłopaki. Kobiety i mężczyźni – płeć nie robi przecież różnicy, gdy mówimy u szukaniu miłości, bliskości i relacji.
Joanna Jędrusik opisała w 50 twarzach Tindera swoje doświadczenia. Kilkanaście miesięcy intensywnego życia z Tinderem i z mężczyznami poznanymi dzięki tej aplikacji.
Popularna apka zainteresowała autorkę w trudnym momencie jej życia. Jej dotychczasowe życie właśnie legło w gruzach.
Bo było tak:
“I nie ma co liczyć na jakikolwiek seks: nie dość, że od kilku lat pierdzimy razem w łóżku, a romantyzm umarł na drugiej randce, to jeszcze mąż zwyczajnie nie umie w seks. Ale bardzo go kocham i jest git.”
Potem jednak stało się coś, czego autorka kompletnie się nie spodziewała:
“Okazało się, że jak w kawałach wujka Staszka mogę wyjechać w delegację, a mąż zacznie pukać koleżankę z pracy. Potem są płacz, wyrzuty, terapia małżeńska, miotanie się, wątpliwości, w końcu mąż wyprowadza się i zaczyna się zupełnie nowe życie.”
Zaczyna się więc nowy rozdział, w którym jednym z głównych bohaterów jest popularna aplikacja łącząca ludzi w potencjalne pary.
Joanna Jędrusik z apki korzysta namiętnie – do bólu palców od przewijania kolejnych użytkowników. Jakie ta intensywność ma konsekwencje? Kogo Joanna spotyka na swej drodze? Jak się czuje po upojnych nocach, a co myśli, gdy mężczyzna, który zawrócił jej w głowie, przestaje się odzywać?
Książka Jędrusik wywołuje sporo emocji. Czyta się ją szybko. Niekiedy jest zabawnie, ale zdecydowanie częściej nostalgicznie, problematycznie, ciężko. Bo Tinder to nie tylko apka do przewijania ludzi. To również klucz do emocji innych, narzędzie do wchodzenia w relacje, które bywają piękne, ale i bolesne. Może być miło, a może bardzo boleć.
Jeśli chcielibyście mieć tę książkę u siebie, możecie wygrać ją w naszym konkursie. Trzy egzemplarze 50 twarzy Tindera trafią w ręce osób, które najciekawiej opiszą swoją najgorszą randkę. Pamiętacie taką? Piszcie! Historie trzech zwycięzców opublikujemy na Kozaczku (możecie podać pseudonimy).
Regulamin konkursu znajdziecie tutaj.
Konkurs trwa do 25. sierpnia. Swoje historie przesyłajcie na adres beata.maj@marquard.pl.

Zdecydowanie moją naproszą randką była pierwsza z moim aktualny mężem!
Znaliśmy się już dość długo i przyjaźń między nami naprawdę dobrze się układała. W końcu postanowiliśmy umówić się na randkę. Wybraliśmy niewielką, klimatyczną restaurację w naszym miasteczku. Ale jak to w małych miasteczkach bywa, wszyscy wszystkich znają.
Nasza randka miała się odbyć w sobotę wieczorem. Umówiliśmy się o 19 i on był punktualnie, natomiast mnie po drodze już zatrzymała koleżanka, która tak zagadywała, że spóźniłam się 15 minut, a wyszłam tak, żeby mieć jeszcze pięć minut zapasu!
Wybaczył mi spóźnienie, a następnie zamówiliśmy drinka i obiad. Kelner przyniósł drinki, które sączyliśmy i w bardzo przyjemnej atmosferze zaczęliśmy rozmawiać. Nim zdążyli podać nam obiad do knajpki weszli znajomi Janka i cały urok prysł. Postanowili się do nas dosiąść, zamówili po piwie i zapytali go co się tak wystroił i dlaczego nie był na piłce. Od razu poprosili o włączenie meczu i szlag trafił całą randkę. Wszyscy siedzieli wpatrzeni w mecz, a jedyne dobre wspomnienie to pyszna kolacja, którą dostałam. Następnie chłopaki zamówili kolejną kolejkę piw, a łączenie alkoholi nie jest wskazane. Janek podał piw również dla mnie, co skończyło się tym, że już po pierwszym zaczęłam czuć zawroty głowy i musiałam zostać odtransportowana do domu. Na szczęście podjechała moja przyjaciółka, która również umówiła się na babski wieczór z dziewczynami w tej knajpce. Odwiozła mnie do domu i tak skończyła się moja najkrótsza i zarazem najgorsza randka!
Bzdurna reklama… od lat wiadomo, że tinder to po prostu alfons łączący ludzi, którzy chcą seksu