Joannę Jędrusik mogliście poznać dzięki książce „50 twarzy Tindera”. Teraz autorka wraca z kolejnym reportażem, tym razem opisuje swoją podróż po Ameryce. Oprócz wciągających wątków podróżniczych, nie zabrakło historii randkowych, także z mężczyznami poznanymi przez aplikację.

„Co trzecia kobieta umawia się na randki tylko po to, żeby zjeść darmowy posiłek” – o trendach w randkowaniu rozmawialiśmy z Joanną Jędrusik, autorką książki „50 twarzy Tindera”

Joanna Jędrusik o swojej podróży opisanej w książce „Pieprzenie i wanilia”

Pieprzenie i wanilia to kontynuacja bestsellerowych 50 twarzy Tindera, a Joanna Jędrusik nie byłaby sobą, gdyby znów nie pisała o seksie i randkach. Tym razem jednak za tło jej pikantnych przygód służą podróże po USA, Peru i Meksyku. Te pełnokrwiste historie z Tinderowych podbojów obu Ameryk czyta się jak powieść przygodową, a przy okazji można zajrzeć do słodko-gorzkiego świata dzisiejszych dwudziesto- i trzydziestolatków po obu stronach Atlantyku – czytamy na stronie wydawnictwa Krytyka Polityczna.

Z Joasią rozmawialiśmy o jej podróży, randkach, a także poważnych tematach, które porusza w książce, takich jak kryzys klimatyczny czy przemoc wobec kobiet.

W książce opisujesz swoją podróż po Ameryce – dosłownie rzuciłaś wszystko, sprzedałaś mieszkanie i wyleciałaś. To niecodzienna decyzja. Skąd wzięłaś na to odwagę?

Nie podjęłam jej spontanicznie. I nigdy by mi to nie przyszło do głowy, gdybym nie musiała sprzedać mieszkania, spółdzielnia miała długi i bałam się, że obciąży nimi lokatorów. Także zaczęło się od prozy życia i…w pewnym momencie pojawił się szalony pomysł. Dojrzewał w mojej głowie kilka miesięcy zanim odważyłam się o nim komukolwiek powiedzieć.

A z tym rzucaniem wszystkiego…wiesz, nie miałam męża, dzieci, chłopaka, a pracę taką, że mogłabym ją wykonywać w wielu różnych firmach. Uznałam, że skoro nic mnie nie trzyma na miejscu, to jadę. Now or never.

Co najbardziej zaskoczyło Cię, gdy podczas podróżowania poza granicami kraju korzystałaś z Tindera?

Że dzięki niemu poznaję nie tylko osoby, ale też udaje mi się dostrzec jakąś prywatną, niekoniecznie turystyczną stronę miejsc, które odwiedzam. Poznani na Tinderze goście chętnie wchodzili w rolę gospodarza i pokazywali mi swoje miasta w taki sposób, o jakim nie mogłabym marzyć jeżdżąc na grupowe wycieczki. Dzięki nim dowiedziałam się ogromnie dużo o tym, co jest dla mnie naprawdę interesujące: jacy są i co myślą ludzie w Stanach, Meksyku czy Peru. To chyba ciekawiło mnie bardziej niż te wszystkie zabytki i cuda świata.

Podczas swojej podróży sporo randkowałaś i nie były to tylko spotkania umówione przez aplikację. Planowałaś tak spędzać tam czas czy byłaś zaskoczona, że spotkałaś tylu ciekawych mężczyzn?

Faktycznie, wyobrażenie o mojej książce jest takie, że wszędzie używałam Tindera, tymczasem kilku ważniejszych bohaterów książki spotkałam po prostu w barze. Oczywiście, że tego nie planowałam i jasne, że byłam zaskoczona, bardzo pozytywnie. Chyba tak fajnie wychodziło dlatego, że jak ludzie widzą samotnie siedzącą w knajpie dziewczynę, która ewidentnie nie jest stąd, to mają ochotę zagadać, spytać skąd jest, zapytać czy czegoś nie potrzebuje. Nie tylko faceci, kobiety też chętnie nawiązywały ze mną kontakt. Fajna jest ta ludzka troska, z jaką podchodzą do ciebie obcy ludzie.

Podróże z Tinderem w tle – polecasz taką formę zwiedzania świata?

Zależy dla kogo! Wiadomo, co wyjdzie jednej osobie nie musi się wcale podobać innej. Na pewno jak ktoś zastanawia się nad taką formą turystyki, to powinien sprawdzić „na sucho” czy odpowiada im Tinder jako aplikacja do poznawania ludzi w Polsce. Niektórzy zupełnie nie są w stanie się do tego przekonać. A jeśli ktoś chce spróbować, to mogę polecić lekturę „Pieprzenia i wanilii”, myślę, że dość skrupulatnie opisałam blaski i cienie takich podróży.

Będąc w Stanach zauważyłaś dużą dysproporcję – są bardzo bogaci ludzie i mnóstwo bezdomnych. Sytuacja ludzi młodych też nie jest kolorowa. Opisywałaś spotkania z mężczyznami, którzy pracowali po kilkanaście godzin w korporacji, a ledwo było ich stać na wynajem mieszkania. W Polsce jednak nie żyje się tak źle? „American dream” to mit?

American dream to mit, może 50 lat temu faktycznie Amerykanom powodziło się coraz lepiej, a z Polskiej perspektywy USA była rajem. Tymczasem od dziesięcioleci jest tam coraz gorzej, pogłębia się zadłużenie Amerykanów, pogarsza sytuacja materialna zwykłych ludzi, bogaci się ten jeden procent najbogatszych i są to fortuny niewyobrażalne. Tymczasem ich drugim biegunem jest niewyobrażalna bieda, to, że 70% Amerykanów żyje od pensji do pensji i ledwo wiąże koniec z końcem. A ten Nowy Jork, o którym myślimy, że jest glamour i wspaniały to nie tylko szyk, moda i bogata metropolia, to także smutne miasto ludzi, którzy się zapracowują, żeby zarobić na horrendalnie wysokie czynsze i spłatę kredytów studenckich. Żyją w stresie i skromnych warunkach, często kosztem braku życia towarzyskiego, braku wakacji, urlopów. Ogromnie dużo osób żyje tam ze zbierania śmieci, które oddają do recyclingu, nigdy nie widziałam tylu bezdomnych co w Stanach. Uderzające, że w Nowym Jorku jest ponad sto tysięcy bezdomnych dzieci w wieku szkolnym. A przecież większość bezdomnych to dorośli, więc jaka musi być ta skala? Nie widzimy tego na filmach, nie pokazują tego na instagramie i w reality shows, ale American dream to bzdura.

W Meksyku spotkałaś się z mężczyznami wciąż tkwiącymi w patriarchacie. Mimo różnic kulturowych bardzo podobało Ci się to miejsce, ale nie byłaś zszokowania mentalnością niektórych z nich?

Nie, nie byłam specjalnie zszokowana, wiedziałam czego się spodziewać. Jeśli już coś było szokujące, to przyzwolenie na przemoc wobec kobiet, zarówno w Meksyku jak i w Peru to ogromny problem.

Nie szokowały mnie zwyczaje, po prostu przyzwyczajałam się do tego, że często dotykają mnie obcy ludzie, niekoniecznie w kontekście seksualnym, że jest głośno, że wszyscy są bardziej bezpośredni, faceci są pewni siebie, czasem do granic karykatury, ale dla nas w Polsce taki maczoizm rodem z Meksyku jest trochę karykaturalny.

Jeśli już coś mnie szokowało, to jak ludzie z Zachodu traktowali Peruwiańczyków czy Meksykanów. Było w tym niesamowicie dużo hipokryzji, paternalizmu i bezmyślności, czasy kolonii niby się skończyły, ale kolonializm i poczucie wyższości wobec ludzi z peryferiów zostanie jeszcze długo w głowach mieszkańców Zachodu.

Mówi się, że ciężko jest być singlem po 30 i nie chodzi wcale o poczucie samotności, bo nie każdego musi to dotyczyć, ale tzw. presję społeczną, kiedy to otoczenie „wymaga” od nas ustatkowania się, założenia rodziny. A jak jest w Stanach? Czy tam łatwiej być singlem?

Ciężko mi powiedzieć, bo starałam się zadawać z osobami, które były z mojej bajki, miały podobny światopogląd. Poznałam trochę artystów, aktywistów czy pracowników szeroko pojętej kultury, większość z nich podchodziła do tego jak ja – czyli owszem, byli świadomi tego, jak wygląda średnia krajowa jeśli chodzi o oczekiwania i presję społeczną, ale sami już dawno wybrali swoją drogę. Ale nie mam takiego szerokiego przeglądu amerykańskiego społeczeństwa, żeby robić uogólnienia.

W książce zwracasz uwagę na kryzys klimatyczny, który szczególnie było widać podróżując po Luizjanie, gdzie skala zanieczyszczeń jest ogromna. W Polsce nadal nie zdajemy sobie z tego sprawy? A jak podchodzą do tego Amerykanie?

W Luizjanie to nie tyle kryzys klimatyczny, co niewyobrażalne wyzyskiwanie środowiska przez korporacje, które budują kolejne fabryki kosztem ludzi i przyrody.

W Stanach, przynajmniej w tych częściach, które odwiedziłam, nie widać tak bardzo zmian klimatycznych, podobnie jak w Polsce, tam też wiele osób nie widząc ich bezpośrednich efektów udaje, że problem nie istnieje. W ogromnej mierze za nieświadomość odpowiada Trump i jego zwolennicy, którzy przez lata zaprzeczali katastrofie klimatycznej, wycofali USA z porozumienia paryskiego i robili wszystko, by bagatelizować temat.

Za to w Meksyku, tam gdzie mieszkałam, biosfera jest bardzo dotknięta zmianami. Druga największa rafa koralowa na świecie, mezoamerykańska, obumiera bardzo szybko, można to obejrzeć z bliska. W dodatku w wielu miejscach brakuje wody, wysychają podziemne źródła i ludzie muszą przenosić się przez to w inne części kraju.

Od kilku lat ocean wyrzuca na plaże najbardziej turystycznej części Meksyku miliony ton sargasu, wodorostów, które nie tylko są brzydkie, ale potwornie śmierdzą, kiedy gniją w upalnym słońcu. Takie wyrzuty sargasu zdarzają się coraz częściej i trwają coraz dłużej. Każdy z nich to gigantyczne straty finansowe dla regionu, który utrzymuje się praktycznie tylko z turystyki. W Meksyku zmiany są namacalne, może dlatego Meksykanie są ich bardziej świadomi.

Czy po powrocie do Polski i masie randek które odbyłaś wcześniej jeszcze w naszym kraju, a później za granicą, miałaś przesyt Tindera? Czy wróciłaś jeszcze do tak intensywnego korzystania z aplikacji?

Nie, nie wróciłam. A od czasu napisania książki i zajmowania się Tinderem zawodowo wchodzę tam co jakiś czas, żeby zobaczyć jak zmienia się aplikacja, ale już nie w celach romantyczno-rozrywkowych. Od powrotu do Polski na randki chodzę pewnie średnio raz na kilka miesięcy. Czasem mi tego brakuje, ale straciłam serce do Tindera i romansów online, a rzadko spotykam nowe osoby na żywo.

Już niedługo na naszej stronie konkurs, w którym będziecie mogli zgarnąć nową książkę Joanny Jędrusik „Pieprzenie i wanilia”!