Zbigniew Wodecki zrobił to tylko raz. Mało kto, o tym wiedział
Dziś swoje 76. urodziny świętowałby legendarny Zbigniew Wodecki. Z tej okazji w mediach pojawiło się wiele wspomnień i anegdot z życia piosenkarza. Jedna z nich jest szczególnie zaskakująca.
Zbigniew Wodecki zmarł w 2017 roku
Zbigniew Wodecki, legendarny polski piosenkarz, multiinstrumentalista i kompozytor urodził się 6 maja 1950 w Krakowie. Przez około 50 lat kariery nagrał wiele przebojów, które znają i uwielbiają całe pokolenia, takie jak “Zacznij od Bacha”, “Chałupy Welcome to” czy “Lubię wracać tam, gdzie byłem”.
5 maja 2017 wokalista poddał się zabiegowi wszczepienia pomostowania aortalno-wieńcowego. Niestety, 3 dni później przeszedł udar mózgu i przebywał w śpiączce, podczas której zachorował również na zapalenie płuc, zmarł 22 maja 2017 roku. Został pochowany w rodzinnym grobowcu na cmentarzu Rakowickim w Krakowie.
Zbigniew Wodecki był żywą legendą
Zbigniew Wodecki słynął ze swojego poczucia humoru, a dla wielu miał opinię amanta. Nie mógł żyć bez dawania koncertów.
Dzień bez autografu to dzień stracony – twierdził.
Wszędzie woził swoją słynną walizkę, w której miał skrzypce i trąbkę – to właśnie gra na instrumentach i śpiew miały dawać mu energię do życia i dalszego koncertowania.
Trzyma mnie adrenalina, która wydziela się przy każdym występie. Ona powoduje, że mam 60 lat, a wyglądam na 59. Jeśli utrzymuję “d” na trąbce około 25 sekund, to czuję, że jeszcze trochę w tę trąbę podmucham. Oznacza to, że pompka mi nieźle pracuje – mówił.
Wygląd był dla niego bardzo ważny – przed swoimi występami pytał, czy na pewno dobrze wygląda.
To dobrze, bo co się nie dośpiewa, to się dowygląda – mawiał.
Szokująca metamorfoza Zbigniewa Wodeckiego
Mówiono, że ciągle był w wiecznym biegu i nie lubił przerw. Jak sam mówił, po dwóch dniach odpoczynku zaczynał się nudzić. Według jednej z anegdot, piosenkarz udał się na dwutygodniowe wakacje, jednak wkrótce zmienił zdanie i chciał wyjechać najpierw po 10 dniach, a potem po tygodniu. Ostateczne wyjechał po zaledwie trzech.
Mieliśmy z Andrzejem zdążyć do Poznania, a zmylono mnie, mówiąc, że to 200 km. Było 400. Dobrze ponad 100 miał mój fiat na liczniku, gdy nagle jadący z naprzeciwka facet skręcił furą w lewo, do bramy… Odbiłem w prawo kierownicą, przelecieliśmy przez rów, zatrzymując się w zaoranym polu. O centymetr minąłem róg tego wozu… Andrzej obudził się: “Co jest?!”. “Żyjemy, Jędruś! Trza pchać!”. I nie było rady, mimo przerażenia sytuacją, znowu gaz do dechy. Dotarliśmy spóźnieni, niemniej udało się – mówił Wodecki.
Mnie się to zwyczajnie nie opłaca, a na ponowne zrobienie kariery jest już niestety trochę za późno… – komentował swoją metamorfozę.




