To były wielkie emocje. Takie, których nie doświadczyło moje pokolenie, błądzące pomiędzy popularnymi kawiarniami i lokalnymi odpowiednikami placu Zbawiciela. Przez chwilę miałem nawet wrażenie, że pod tymi modnie przystrzyżonymi fryzurami zrodziła się jakaś idea i siła do działania.

BARABASZ KOMENTUJE: Kiedy ludzie protestują, załóż sobie fanklub, czyli PR Agaty Dudy (FELIETON)

Co z tym strajkiem?

Podążając za strajkiem ulicami Warszawy, dawało mi się, że jestem na Openerze – kilka scen plus jedna mocno alternatywna ( w kontekście tego wydarzenia), której rolę w stołecznym Śródmieściu pełnił kościół świętego Aleksandra na placu Trzech Krzyży. Z radością czytałem kolejne wpisy na tekturowych transparentach i z rozpaczą godną fana „M jak miłość” patrzyłem, jak wspaniały zryw w tych kartonach dogorywa niczym Hanka Mostowiak. Miało być s jak strajk, zostało s jak smutek.

Podobnie jak w przypadku protestów środowisk LGBTQ+, na czele demonstracji nie stanął nikt, kto potrafiłby porwać za sobą tłum. Poderwać ludzi do działania to pierwsza rzecz, druga to utrzymać ich w akcji, a to – znowu – się nie udało. Fajnie, że chcemy j*ebać, ale to też trzeba umieć.

Za to jak na prawdziwy festiwal przystało, nie obyło się bez prawdziwych smaczków. Jedynym z nich był niewątpliwie Kamil Durczok, który stojąc przed kordonem policji trzymał ręce na głowie siedzącej przed nim dziewczyny. Każdy widzi to, co wie.

Mimo wszystko, trzymam kciuki za ten ferment. Oby było z niego dobre wino.

Byłem przekonany, że Jacek Kurski nie boi się niczego – tworzenie tak słabej telewizji wymaga znacznej odwagi. Okazuje się, że prezes TVP będzie korzystał z opieki Służb Ochrony Państwa. Taką decyzję podjął minister spraw wewnętrznych i administracji, a przecież wiadomo, że ministrom się nie odmawia. Pozostaje mieć jedynie nadzieję, że funkcjonariusze znajdą czas dla Kurskiego pomiędzy zakupami w supermarkecie z prezydentem i wizytami w krakowskiej stajni pod czujnym okiem Kingi Dudy.

Andrzej Duda przyłapany na zakupach w hipermarkecie. Wszystko nagrała menadżerka gwiazd

Jednym z najbardziej przeraźliwych momentów na polskim weselu – zaraz po jedzeniu makaronu nie dość że przy ludziach, to jeszcze w białej koszuli – jest chwila, w której rozpoczynają się wszelkiego rodzaju zabawy. Ich główny problem polega na tym, że bawią one wyłącznie zaangażowane w nie osoby. Dokładnie tak jak produkcja „Anything goes. Ale jazda!”

Adam Zdrójkowski wygina ciało w programie „Anything Goes. Ale Jazda!”

Dokładnie chwilę przed tym, jak Pudelek opublikował tekst dotyczący zarobków osób związanych z tą produkcją, moja niezawodna przyjaciółka Michalina przesłała mi fragmenty programu. Trzy znaki zapytania wyrażały więcej niż tysiąc słów.

Jednym z elementów show jest tak Krzywa Scena, gdzie zaproszeni goście mają odgrywać scenki, których narracja jest przekazywana przez prowadzącą program Elżbietę Romanowską. Pochylona pod kątem 22 stopnia scena jest jedynym elementem, na którym budowany jest dowcip. Każdorazowo przebieg wygląda bardzo podobnie: prowadząca krzyczy, uczestnicy krzyczą, jest rozrzucane jedzenie i rozlewane płyny, prowadząca się cieszy, uczestnicy się cieszą, widownia się cieszy. Karuzela śmiechu porównywalna rodem z „Chwili dla ciebie”.

Całość przypomina weselną zabawę pt. „Rodzina idzie do cyrku”. Wiem, bo grałem.

Barabasz komentuje: Dwa wesela i wpadka (FELIETON)

Zawsze wybierają mnie do roli słonia.

A ja nigdy nie wiem dlaczego.

Protestujące kobiety

Strajk kobiet w Krakowie, fot. Filip Radwanski / Forum

HIT! Michalina Sosna zalicza upadek za upadkiem w „Anything Goes. Ale Jazda!”

Gwiazdy na planie "Anything Goes. Ale Jazda!"

Gwiazdy na planie „Anything Goes. Ale Jazda!” fot. Mat. prasowe